Zamień swój smartfon w aparat z lat 90. Wystarczy do tego prosta aplikacja

Kamil Mizera
31.07.2017 14:08
A A A
aparaty

aparaty (fot. michael warren (www.flickr.com/photos/mikewarren/164084923/)(CC BY 2.0))

W zamierzchłych czasach przed smartfonami, a nawet jeszcze przed cyfrowymi kompaktami, robienie zdjęć było pewnego rodzaju procesem i celebracją. W przyciężkim aparacie znajdował się film z ograniczoną liczbą klatek, który zmuszał do zastanowienia się nad każdym ujęciem.

To niekończące ustawianie się w rządku na tle wybranego krajobrazu, nerwowe oczekiwanie na magiczny dźwięk migawki, by w końcu na błonie fotograficznej mogło zapisać się pieczołowicie zaaranżowane ujęcie. Wszystko przez to, że aparat mógł zrobić 24 zdjęcia (czasami więcej), po których należało zmienić film. Każde, lub prawie każde zdjęcie miało więc swoją wagę i musiało zostać dobrze zrobione, tak by po wywołaniu bez wstydu można było je włożyć do rodzinnego albumu.

Dzisiaj prawie każdy ma smartfon, który pozwala na zrobienie dziesiątek zdjęć w ciągu kilku minut. Zdjęcia w cyfrowej formie, zapisane w pamięci telefonu, możemy z łatwością przeglądać, edytować, dodawać filtry i dzielić się nimi za pomocą komunikatorów. Niemal nieograniczona możliwość robienia zdjęć sprawia, że strzelamy ich setki, bez większego zastanowienia, ot: moment - pstryk - jest.

Tylko jak często potem wracamy do tych wszystkich zdjęć, które zrobiliśmy. Jak często przeglądamy setki - tysiące ujęć, by wybrać te, które nam się naprawdę podobają. I wreszcie, czy te zdjęcia kiedykolwiek opuszczają nasz telefon?

Sam na swoim telefonie mam ponad 4 tysiące zdjęć, w chmurze i na dyskach zapewne drugie tyle. Jednak gdy pokazuje zdjęcia mojemu 2-letniemu synowi, to nie te, które znajdują się na smartfonie, ale te, które wydrukowaliśmy. Które może dotknąć i przyjrzeć się bez blasku wiecznie świecącego się ekranu.

W robieniu zdjęć przed erą cyfrówek było coś specyficznego. Świadomość, że nie można strzelać fot jedną po drugiej, że te zdjęcia zostaną wywołane i umieszczone w specjalnym miejscu, a potem oglądane, sprawiała, że robiło się je z większym zastanowieniem i zaangażowaniem.

YosoYoso zrzut ekranu

Oczywiście, nie ma nic złego w dzisiejszych czasach. Możliwość robienia zdjęć smartfonem nie tylko jest ultra wygodna, ale pozwala też znacznie szybciej zapisywać ulotność chwili. Dawniej złapanie momentu ruchu czy jakiegoś dynamicznego wydarzenia było niezwykle trudne. Teraz jest to kwestia sekund.

Niemniej jednak czasami ma się ochotę wrócić do tego niespiesznego robienia zdjęć, gdy to, co i gdzie miało większe znaczenie. Na tym sentymencie bazuje Yoso.

Yoso to prosta aplikacja, która przywraca czar robienia zdjęć rodem z lat 90. za pomocą twojego nowoczesnego smartfona. Yoso tworzy wirtualny film fotograficzny, zawierający 12/24/36 klatek, choć w tym przypadku bardziej by pasowało słowo: slotów. W ramach jednego filmu możemy zrobić ograniczoną liczbę zdjęć. Nie możemy ich załadować z pamięci telefonu, nie możemy ich powtórzyć. Możemy tylko wybrać, czy chcemy, by były czarno-białe, czy kolorowe. Zdjęcia nie zapiszą się też w pamięci naszego telefonu, ale w chmurze Yoso. Po zapełnieniu filmu możemy zamówić wydruk zdjęć, które zrobiliśmy, a firma prześle nam je na wskazany adres.

 


W ten sposób Yoso wskrzesza w pewien sposób proces, jaki towarzyszył robieniu zdjęć za pomocą starych aparatów sprzed cyfrowej ery, a jednocześnie zmusza nas do tego, byśmy zastanowili się nad tym, co chcemy uwiecznić. Jednocześnie, choć w części oferuje nam to doświadczenie z lat naszej młodości, gdy nasze zdjęcia nie trafiały na dysk twardy, ale do albumu.

Oczywiście usługa nie jest darmowa, za wywołanie zdjęć należy zapłacić. Ale też Yoso od początku jasno stawia sprawę: to nie jest aplikacja do robienia dziesiątek zdjęć kotów i setek selfie. To jest aplikacja, która ma przywrócić nieco czaru z przeglądania zdjęć w albumie, zamiast na ekranie telefonu.

Yoso wyśle twoje zdjęcie na ścianę w sypialni, zamiast na dysk w szufladzie. I dlatego warto tę aplikację wypróbować.