Jazgotliwe, jaskrawe kreskówki mogą wkurzać rodziców. A może jest alternatywa?

09.11.2016 14:47
Akademia Pana Kleksa

Akademia Pana Kleksa (reż. Krzysztof Gradowski, prod. Gorky Film Studios, Sovinfilm, Studio Filmowe Zodiak)

Oldschoolowe programy i filmy dla dzieci, takie jak sam oglądałem w dzieciństwie - czy jeszcze jest szansa, aby zainteresować nimi dzieciaki, które oglądają Transformersy, kreskówki o Barbie i inne popkulturowe wodotryski?

Muszę szczerze przyznać, że czasem mnie po prostu wkurzają. Powody są prozaiczne. Jazgotliwe, wyjątkowo jaskrawe, z postaciami, które porozumiewają się przede wszystkim krzykiem. W każdym razie ja to tak odbieram. Moim synkom się natomiast podoba. I to zarówno temu młodszemu - dwulatkowi, jak i starszemu - dziesięciolatkowi. A ja kręcę głową z niedowierzaniem.

Trochę się starzeję...

Mowa oczywiście o współczesnych kreskówkach, które cały dzień leją się z mnóstwa kanałów z animowanymi historyjkami w naszej kablówce. To nie tak, że zaraz się nadmę i uznam, że wszystkie mnie drażnią. Jasne, trochę się starzeję i zwykle idzie z tym rzeczywiście w parze jakiś spadek tolerancji na nowości czy zbyt szybkie zmiany. To jest zresztą naukowo udowodnione i - chcemy czy nie - z wiekiem gorzej znosimy wysokie dźwięki, jaskrawe barwy czy nagłe zmiany rytmu i temperatury. Ale ciągle nie jest ze mną jeszcze aż tak źle, aby biegać do pokoju dzieciaków i wykrzykiwać co chwilę: "Wyłącz ten jazgot!?", "Co ty oglądasz!?", "Co to za okropne hałasy!?".

Po prostu jakoś nie jestem w stanie czerpać przyjemności ze wspólnego oglądania "Yo-kai Watch", "Supa Strikas" czy "Kronik Xiaolin". "Totalna porażka" czy "Niesamowity świat Gumballa" też mnie nie przekonały. Zdecydowanie wolałbym pooglądać... No właśnie. Co?

Może to, czym sam się zachwycałem jako dzieciak prawie 30 lat temu? Przecież wiele z tych bajek broni się świetnie do dzisiaj. Nawet jeśli wyglądają przy nowych produkcjach nieco siermiężnie. Czy więc tutaj jest wreszcie ten moment, aby rozsiąść się wygodnie w bujanym fotelu, przykryć ciepłym wełnianym pledem, pyknąć fajeczkę i rozpłynąć w nieśmiertelnej frazie: "Kiedyś to było lepiej"? A potem zasnąć mlaskając pod nosem?

Stare produkcje nie takie przestarzałe

Trochę to korci, ale bardzo przed tym przestrzegam. Niestety, bardzo łatwo jest popaść w styl opowieści dziadka powstańca. Styczniowego. A stare produkcje dla dzieciaków wcale się aż tak nie zestarzały.

Oczywiście nie mam na myśli takich evergreenów ze Studia Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej jak "Reksio" ani kultowych produkcji z bratniej Czechosłowacji - "Krecika" czy "Rozbójnika Rumcajsa". Nic do nich rzecz jasna nie mam, ale myślę, że są bajki i filmy, które lepiej zniosły próbę czasu. Sam zresztą nigdy, nawet jako dziecko, nie byłem fanem przesadnie porządnickiego pieska czy dosyć w sumie naiwnego kreta. Być może, to co ja wolałem oglądać jako kilkulatek, wówczas też uchodziło w jakimś sensie za jazgot i sieczkę, a ktoś dorosły rozmarzał się wtedy na samo wspomnienie o "Jacku i Agatce" czy "Gąsce Balbince".

Reksioreż. Lechosław Marszałek, Józef Ćwiertnia, Ryszard Lepióra prod. Studio Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej

Historia ma przecież ponoć do siebie to, że powtarza się w kółko. Karol Marks twierdził co prawda, że najpierw jako tragedia, a potem jako farsa, ale w moim przypadku jako animowane historyjki albo przygodowe filmy. Nie wiem nic o tym, czy Marks przewidział kreskówki. Obawiam się, że mógłby je potraktować jako zbyt burżuazyjne.

Zebrałem się w sobie

Tak czy siak, zebrałem się w sobie. Wstałem z bujanego fotela, odłożyłem wełniany kocyk i dziarsko zaproponowałem, że zaprezentuję chłopakom dla odmiany coś z repertuaru własnego dzieciństwa. I już na dzień dobry okazało się, że nie tylko udało mi się oderwać starszego potomka od kablówkowych kreskówek (młodszy wciąż jest jeszcze na tym cudownym etapie, kiedy w dużej mierze jest mu wszystko jedno), ale nawet wywołać spore zainteresowanie. Co prawda była w tym pewnie chęć przetestowania staruszka. "No pokaż czy jesteś mnie w stanie czymś zaskoczyć" - zdawały się mówić wpatrzone we mnie ciekawskie oczy. Odważnie zaryzykowałem.

Nie sięgnąłem jednak po starsze odpowiedniki tego, co dzisiaj, w nowoczesnym wydaniu, coraz bardziej zaczyna mnie irytować. Nie chciałbym "Ninjago" zastąpić oldschoolowym "He-Manem", a południowoafrykańskiego "Supa Strikas" japońskim "Kapitanem Jastrzębiem", znanym szerzej jako serial o piłkarzu imieniem Tsubasa. Zaryzykowałem pokazanie tego co po latach wciąż budzi we mnie - już dorosłym - tamto dziecko. Filmy o Panu Kleksie z niesamowitym Piotrem Fronczewskim, przygodowe historie o Panu Samochodziku czy wreszcie kultowy dla mnie "Przyjaciel wesołego diabła".

Ja do dziś uwielbiam te zagadki, te piosenki i bardzo dobre, nieco, ale oczywiście nie za dużo, wymagające żarty. "Podróże Pana Kleksa" czy "Pan Kleks w kosmosie" mają przecież strasznie fajne fabuły i bohaterów, których lubi się od razu. Nawet jeśli są to czarne charaktery - świetny Zbigniew Buczkowski jako pułkownik Alojzy Bąbel czy cudowny, pomalowany na srebrno Henryk Bista jako demoniczny Wielki Elektronik. Nie ma pieniędzy czy technicznych możliwości? Można zawsze wykorzystać klasyczną, rysowaną animację, a jako Wyspę Wynalazców wykorzystać podówczas futurystyczne, a jednocześnie nieco sowieckie lotnisko Zvartnots pod Erywaniem.

Kiedy niedawno byłem w Armenii, zrobiłem sobie oczywiście selfie na charakterystycznym tle. Dzieciakom to zaimponowało.

Czerń i biel też dają radę

Podobnie jest z archeologiczno-kryminalnymi zagadkami, które rozwiązuje Pan Samochodzik. Nawet jeśli połowa filmów o Panu Tomaszu wygląda jak nakręcona za kieszonkowe dzieciaków grających pomagających naszemu dzielnemu pracownikowi Ministerstwa Kultury harcerzy, to fajna kompilacja odrobiny historycznej wiedzy z klasyczną strukturą "od zagadki do zagadki" podoba się nawet jeśli jest nakręcona tylko w czerni i bieli.

Serial o Diable Piszczałce ("Przyjaciel wesołego diabła") czy o kocie Rademenesie ("Siedem życzeń") też nieźle dają radę. Ekranizacje młodzieżowych powieści Jana Brzechwy, Zbigniewa Nienackiego czy Kornela Makuszyńskiego - i mogę to potwierdzić dowodami w postaci entuzjastycznych reakcji mojego starszego syna - działają zatem równie dobrze, a może nawet lepiej, niż jazgotliwe współczesne kreskówki.

Pewnie, że nie prześcigną nigdy napakowanych supernowoczesnymi efektami specjalnymi "Avengers" czy "Transformersów", ale nawet bez tych komputerowych fajerwerków i wodotrysków, bez rozwiązującego każdy scenograficzny kłopot greenboxa i bez zapierających dech kaskaderskich popisów wspartych zręcznie ukrytą cyfrową animacją można spokojnie wciągnąć małych widzów w nieco staroświeckiej popkultury.

Najważniejsza jest historia

Kluczowe są moim zdaniem dwie rzeczy. Najlepiej bronią się, jak już można zauważyć, ekranizacje dobrych książek. "Siedem życzeń" to co prawda scenariusz oryginalny, ale stali za nim tacy fachowcy jak Andrzej Kotkowski czy Maciej Zembaty, a więc po prostu mistrzowie nie ustępujący talentem Brzechwie czy Makuszyńskiemu. Jeśli jest dobra historia, to reszta ma o wiele mniejsze znaczenie. Drugi powód, nawet ważniejszy, to jednak fakt, że ogląda się wtedy po prostu razem. I naprawdę się ogląda, a nie tylko siedzi wspólnie w tym samym pokoju przy włączonym telewizorze czy DVD. To jest dla dzieciaków najważniejsze. One po prostu uwielbiają, żeby z nimi być.

A jeśli wpuszczamy je przy tym do własnego świata, pokazujemy, jak to było kiedy sami byliśmy tacy jak one, to możemy na tym tylko zyskać. Odważcie się zatem spróbować wpuścić dzieciaki do świata swoich filmowych czy rysunkowych hitów z dzieciństwa. Wybierzcie oczywiście to, co Wam zawsze wydawało się najfajniejsze. Dzieci to zawsze docenią. A poza tym chętnie się zrewanżują. Objaśnią nieco te swoje "jazgoty". Pozwolą spojrzeć na nie przychylniej.

Ja spróbowałem. I wiecie co? Te "Kroniki Shaolin" okazały się być całkiem zabawne. "Niesamowity świat Gumballa" bardzo pomysłowy, a "Totalna porażka" bardzo celnie parodiować świat amerykańskich reality show i nastoletnią kulturę celebrycką. I może tak oglądając zapomnieliśmy wyjść na spacer, ale na pewno spędziliśmy - mimo telewizora - sporo czasu naprawdę razem.

Michał Strzałkowski, Polskie Radio S.A.