Kiedy dowiedziałem się, że będę miał bliźniaki...

Piotr Mikołajczyk
12.09.2017 16:28
A A A
Moja dziewczyna wyszła z gabinetu i powiedziała... Dwa są

Moja dziewczyna wyszła z gabinetu i powiedziała... Dwa są (Fot. iStock)

To może nie było najdłuższe dziesięć minut w moim życiu. Ale i tak było wyjątkowo długie.

Swoimi reakcjami na informację, że zostanę ojcem sam byłem trochę zaskoczony. Generalnie, dopiero zaczynaliśmy starać się o dziecko i sądziłem, że oczekiwanie będzie znacznie dłuższe. Przygotowywałem się na nie, przygotowałem się na obawy i niepewność. Z pewnością nie oczekiwałem, że po tak krótkim czasie usłyszę, że to już. Kiedy się dowiedziałem powiedziałem tylko "to wspaniale" i dokładnie tak myślałem. Nie było we mnie żadnych obaw, żadnych wątpliwości, wyłącznie radość.

Ale potem przyszło to badanie

To był początek ciąży, pojawiły się niepokojące objawy, jeszcze tego samego dnia poszliśmy z partnerką do lekarza. Najpierw było USG, potem dalsze badania, a pomiędzy nimi padły dwa słowa, które zapamiętam do końca życia. Moja dziewczyna wyszła z gabinetu z oczami jak spodki i powiedziała... Pozwolę sobie zacytować. 

Dwa są

Ponieważ nie byłem pewny, czy dobrze zrozumiałem, zrobiłem nierozumiejącą minę. Dlatego dopowiedziała.

Bliźniaki

I ponownie zaskoczyła mnie moja reakcja. Z całkowitym spokojem odpowiedziałem: "dobrze". Tak myślałem. Pierwsza odruchowa myśl brzmiała: ok, zawsze myśleliśmy o tym, żeby mieć dwoje dzieci, więc będziemy mieć, tylko jednocześnie. Gdzieś z tyłu głowy miałem też chyba myśl, że skoro sytuacja jest stresująca, to tym bardziej trzeba zachować spokój. Moja partnerka wróciła do gabinetu, ja zostałem w poczekalni. I poszło. 

Zacząłem myśleć o tym, co usłyszałem. Bliźniaki. Nie dziecko, ale od razu dwoje dzieci. Nieskończoność, która majaczyła nam na horyzoncie okazała się dwiema nieskończonościami.

Generalnie, do tamtego momentu fakt, że zostaniemy rodzicami nie wzbudzał we mnie niepokoju. Pomagała matematyka: wychodziłem z założenia, że skoro przez tysiące lat nasz gatunek radził sobie z wychowywaniem dzieci, to prawdopodobieństwo, że ten cykl zakończy się akurat na nas i naszym dziecku jest dość niskie. Nie obawiałem się też, że nie dźwigniemy wyzwania organizacyjnie, bo zmiany w przypadku pojawienia się dziecka są oczywiście niemałe, ale wydawały się od początku do ogarnięcia. Kiedy okazało się jednak, że dzieci jest dwoje, pękłem.

To może być wstydliwe wyzwanie, ale nie myślałem wtedy o tym, że będziemy mieć dwa razy więcej dzieci, myślałem głównie o logistyce. I ta logistyka mnie przeraziła.

Kiedy okazało się, że dzieci jest dwoje, pękłemKiedy okazało się, że dzieci jest dwoje, pękłem Fot. iStock

Nie łóżeczko, ale dwa łóżeczka (gdzie je postawić?). Nie ubranka, ale dwa razy więcej ubranek. Nie wózek, ale podwójny wózek (ile kosztuje? gdzie go trzymać?). Samochód, przecież bezwzględnie musimy mieć samochód! Nasze mieszkanie jest za małe. Nasze oszczędności też. Utkniemy. Nie będziemy w stanie wyjść z mieszkania. Pojechać do lekarza. Nie będziemy nawet w stanie wyjść ze szpitala. Utkniemy w szpitalu.

A jak już tam utkniemy, to przecież jeszcze kwestia żłobka. Razy dwa. I przedszkola. Razy dwa. I szkoła. Nie pamiętam, że zdążyłem nie być w stanie dzieci posłać na uniwersytet, ale nie wykluczam tego. Nie kupowałem im podwójnych prezentów, kaszek, ubranek, łóżeczek, fotelików, krzesełek, a nawet jak kupowałem, to nie miałem tego wszystkiego gdzie postawić i wszyscy utykaliśmy przysypani zwałami rzeczy, które się nie mieściły, a które wcześniej doprowadziły nas do bankructwa.

Jeśli nawet to nie był atak paniki, to daleko nie było

Nie myślałem - tyle dobrego - że dwoje dzieci naraz to za dużo. Akurat o opiekę się nie obawiałem wychodząc podświadomie z założenia, że skoro nas jest dwoje i dzieci będzie dwoje, to będziemy w stanie jakoś tak rozłożyć siły, żeby żadne z dzieci nie pozostało niedopieszczone, niedokochane, niedoopiekowane i niedopielęgnowane.

Ale - jak u Agnieszki Radwańskiej na igrzyskach w Londynie - szybko przyszło, szybko poszło. Kiedy moja partnerka wyszła z gabinetu po raz drugi już byłem kwiatem na tafli jeziora. Ponownie pomogła matematyka. Przypomniałem sobie, że rodzicami bliźniaków również nie będziemy pierwsi w historii i skoro generalnie ludzkość sobie z tym radzi, to i my sobie poradzimy. Poprzestawiałem w głowie meble w mieszkaniu (źle, ale koniec końców nie miało to znaczenia), zrobiłem rachunek sumienia i rachunek ekonomiczny. Damy radę. Od tego momentu nie bałem się już nawet przez moment.

Oczywiście, nie jest tak, że wyszedł ze mnie super gość, co nigdy się nie myli. Stres był, co naturalne przy ciąży, a zwłaszcza przy pierwszej ciąży. Szczególnie, kiedy przy okazji okazuje się ciążą bliźniaczą. Czy dzieciom nic nie dolega? Czy nic się w tej materii nie zmieni? Czy się ze wszystkim pomieścimy? Czy ze wszystkim zdążymy? Czy o wszystkim pamiętamy? Czy dobrze wybieramy szpital i lekarza? W ogóle - jak się dowiedzieć, no, wszystkiego i skąd wziąć pewność, że to wszystko to rzeczywiście już wszystko?

Dzieciom nic nie dolegało i to się nie zmieniło. Mieścimy się. Ze wszystkim zdążyliśmy. Jeśli o czymś zapomnieliśmy, to już nie pamiętam o czym. Szpital i lekarza życie wybrało za nas samo, ale wybrało dobrze. I tak dalej, i tak dalej.

Dzisiejszy ja, który już wie jak jest, mógłby powiedzieć tamtemu mnie jedną fundamentalną rzecz. To jest generalnie zdanie, które powinien moim zdaniem usłyszeć każdy przyszły rodzic. Bo przyszłemu rodzicowi rzeczy wydają się przerażające, a potem te same rzeczy wspomina się z uśmiechem i myślami "a pamiętasz, jakie to wcale nie było straszne?" Zdanie to jest dość krótkie. Brzmi: będzie dobrze.

Z logistyką również.