Oglądanie filmów z moim ojcem to jedno z najlepszych wspomnień dzieciństwa. Teraz chcę to samo dać synom

Michał Strzałkowski, Polskie Radio S.A.
09.05.2016 12:24
Filmy dzieciństwa

Filmy dzieciństwa (Materiały prasowe)

Pamiętam jakby to było wczoraj. Wyszczerzonego jak w reklamie pasty do zębów Burta Lancastera, ubranego w legginsy w czerwone paski, bujającego się na linie od rei do rei i zawadiacko krzyczącego na uwijającą się na pokładzie załogę.
No dobra, te wszystkie szczegóły przypomniałem sobie dopiero przed chwilą, gdy odnalazłem na YouTube trailer. To co natomiast pamiętam najlepiej, to ekscytację z jaką oglądałem po raz pierwszy w życiu z ojcem "Karmazynowego pirata" w reżyserii Roberta Siodmaka. Zapewne w telewizji, bo w tamtych czasach magnetowidy wciąż mieli na moim kieleckim blokowisku jedynie ci, którzy regularnie wyjeżdżali na saksy do RFN. Podejrzewam, że w TVP, bo przecież innych stacji jeszcze wtedy nie było. Mogłem mieć jakieś 8-9 lat. Był 1991 czy 1992 rok. Nigdy już nie będę miał pewności, bo tata w ogóle tej sytuacji nie zapamiętał.



Przestarzała ramota? Nie, magia kina

Ja natomiast pamiętam bardzo mocno. Głównie emocje, które przeżywałem, gdy ojciec postanowił pokazać mi film, którym sam zachwycał się jako chłopiec. To nic, że już wtedy "Karmazynowy pirat" był przestarzałą ramotą bez nowoczesnych efektów specjalnych, a karaibskie archipelagi udawały dla oszczędności włoskie Wyspy Flegrejskie na Morzu Tyrreńskim, z których dużo bliżej jest do Kielc niż na Kubę, Jamajkę czy Dominikanę. Ważny był nie autentyzm, ale to poczucie, że zostałem dopuszczony do czegoś co dotąd było zarezerwowane dla starszych, że oto właśnie w coś mnie wtajemniczono. Choć uczciwie trzeba przyznać, że kręcone bez pomocy dublerów akrobatyczne popisy Lancastera, który zaczynał swoją karierę jako cyrkowiec, też swoje w kwestii moich emocji zrobiły.

Sam jednak na pewno tego filmu bym nie wybrał. Wtedy interesowały mnie głównie obżerające się pizzą zmutowane żółwie ninja albo Batman i jego walka z nieprawością w Gotham City. Po latach najlepiej jednak pamiętam właśnie to, co oglądałem z moim tatą. To co sam zechciał mi pokazać. To czym postanowił się ze mną podzielić. "Fantomasa" z Jeanem Marais i Louisem de Funesem, "Latającego profesora" z Fredem MacMurrayem, "Fanfana Tulipana" z Gerardem Phillipem i Giną Lollobrigidą czy wreszcie niesamowite "Rio Bravo" z Johnem Waynem, Deanem Martinem i Rickym Nelsonem.

Zawsze się już będę uśmiechał gdy usłyszę balladę "My Rifle, My Pony And Me", którą bohaterowie filmu Howarda Hawkesa podśpiewywali na posterunku szeryfa, czekając na nieuchronne starcie z bandą braci Burdette. Choć te filmy ustępowały pod względem technicznym nowościom, jakimi żyliśmy wtedy z kumplami z klasy, zachwyciły mnie jednak o wiele bardziej.



Dziś oglądam i obserwuję

W znakomitej animacji "W głowie się nie mieści" Pete Docter pokazuje wspomnienia jako małe szklane kule przechowywane w pamięci głównej bohaterki. Te najważniejsze, budujące osobowość, trafiają do specjalnego pojemnika. W moim "pojemniku" bez wątpienia leżą kule z obrazem mnie i mojego taty oglądających razem stare kinowe hity. Dlatego dziś, gdy sam jestem ojcem, uwielbiam dzielić się filmami z mojego dzieciństwa. Staram się to jednak robić w pełni świadomie. Oglądać film, ale też obserwować jakie wywołuje reakcje.

Czy śmieszył będzie dokładnie w tych samych momentach, w których ja się kiedyś śmiałem? Czy jakaś scena będzie jeszcze w stanie przestraszyć współczesnego dziesięciolatka? Czy efekty specjalne oparte na mechanicznych zabawkach i trikach montażowych wystarczą? A potem to zapamiętać. Okazuje się bowiem, że to czym się chcę podzielić, działa silniej niż napakowane komputerową grafiką współczesne blockbustery o superbohaterach w obcisłych kostiumach czy toczących odwieczną walkę robotach z kosmosu - Autobotach i Decepticonach.

To już jednak nie są te same filmy, które pokazywał mi mój ojciec. Trzeba przecież zostawić coś dla dziadka. Ja sięgam po produkcje z lat 80. i 90. Po Kino Nowej Przygody czy komedie Ivana Reitmana. Nie tylko dlatego, że to świetna rozrywka, ale także wiedza, która pozwoli lepiej odczytywać kino współczesne i wyłapywać mrugnięcia okiem jakie się nam serwuje z ekranu.

Podzielić się światem własnego kina

Śmierć Hana Solo w "Przebudzeniu mocy" znosi się łatwiej, jeśli wiadomo, że jeszcze nikt na szczęście nie ukatrupił doktora Henry'ego Waltona Jonesa Juniora, znanego szerzej jako Indiana Jones - drugiej ikonicznej postaci w typie "słodkiego drania" granej przez Harrisona Forda. Choć nie mam nic przeciwko wymianie Dana Aykroyda na Melissę McCarthy, to jednak uważam, iż dobrze wiedzieć kim byli pierwsi "Pogromcy Duchów". A w kolejce są jeszcze kultowi "Goonies", po obejrzeniu których byłem kiedyś przez krótki moment pewien, że Steven Spielberg napisał ten scenariusz pod wpływem książek Edmunda Niziurskiego i Adama Bahdaja. I genialna seria "Powrót do przyszłości". I moje ukochane "Krótkie spięcie", dzięki któremu uważam Johnny'ego-5 za robota fajniejszego nawet od R2D2 i C3PO. I nie dowierzam w zapewnienia Andrew Stantona, że nie inspirował się tym filmem tworząc - skądinąd też bardzo fajnego - animowanego "Wall-E".



To nie jest oczywiście tak, że mam coś przeciwko nowym superprodukcjom, a tylko "stare dobre rzeczy" uważam za warte oglądania. Czekam z niecierpliwością na kolejne odsłony sagi "Gwiezdnych Wojen" i cieszę się jak dziecko na wieść o tym, że kolejny album Marvela czy DC Comics trafi na srebrny ekran. To te filmy moi synowie pewnie będą pokazywać swoim dzieciom. Bardzo bym sobie tego życzył.

Myślę, że ta chwila wtajemniczania dziecka w świat własnego kina jest tak samo ważna, jak wspólne jedzenie posiłków czy rowerowe wycieczki za miasto. Chcę się podzielić najważniejszymi szklanymi kulkami z mojej własnej pamięci. Mam nadzieję, że dzięki temu podaruję choć jedno takie fajne wspomnienie mojemu 10-letniemu dziś synowi. Drugi ma dopiero 1,5 roku. Na niego też przyjdzie czas. Już nie mogę się doczekać, kiedy znów będę pokazywał kilkulatkowi po raz pierwszy w życiu najwcześniejsze części "Gwiezdnych Wojen". A jak już zaśnie pełen wrażeń, ze starszym synem odpalimy sobie "Obcego".

Michał Strzałkowski, Polskie Radio S.A.